Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 09

    Gdy ocknął się rano, Heida siedziała nie opodal. W ustach trzymała jakąś grubą, srebrzystą pałeczkę i głęboko zamyślona produkowała w regularnych odstępach czasu spore ilości wonnego dymu. Randżi sięgnął odruchowo po broń.

    Pistoletu nie było.

    Nie byli też sami. Po prawej siedziało jeszcze troje Ziemian. Dwóch mężczyzn spożywało spokojnie śniadanie, kobieta miała oko na więźnia. W lewej dłoni ściskała cylinder z gazem.

    Widząc, że Randżi już nie śpi, bliższy z mężczyzn odezwał się przez translator.

    - Uznaliśmy, że powinieneś dobrze wypocząć. Dobrze nas przegoniłeś i chyba musiałeś być zmęczony, a wolelibyśmy dostarczyć cię w dobrej kondycji. Potem sami też uderzymy w kimono.

    Randżi przeniósł spojrzenie na Heidę Trondheim. Siedziała skulona na gładkiej skale, na tle wschodzącego słońca. Kolana miała prawie pod brodą.

    - Przepraszam, ale uprzedzałam cię, że moi kumple nas znajdą.

    - A ja myślałem... - odezwał się Randżi. Co właściwie? Na cóż takiego liczył?

    Sprawa była jasna. Nie myślał w ogóle. Gdyby zastanowił się choć trochę, już dawno by ją zastrzelił.

    Był zmęczony, bardzo zmęczony, a ona okazała mu ciepło, zrozumienie, chwilę wytchnienia. Oboje czuli się tak samotni i...

    Musiał wyglądać nieszczególnie, skoro dziewczyna mimo wszystko wyczytała coś z jego miny.

    - Wiesz, chciałam trochę osłodzić ci to wszystko... to musi być straszne, trafić w zupełnie obce otoczenie. Zresztą koniec był wiadomy. Miałeś broń. Jeszcze strzeliłbyś do kogoś, ktoś strzeliłby do ciebie. Nie chciałam, żebyś zginął.

    - A to niby czemu? Jaka to dla ciebie różnica, jeden wróg mniej, jeden więcej?

    - Bo nie jestem wcale pewna, czy nim jesteś. - Zaciągnęła się dymem, który nie pozwolił dojrzeć wyrazu jej twarzy.

    - Co chcesz przez to powiedzieć, Heida? - spytał jeden z mężczyzn.

    - Dobrze mu się przyjrzeliście? To znaczy, naprawdę dokładnie?

    - Widzieliśmy zdjęcia - odparła kobieta z cylindrem. - Były bardzo szczegółowe. Podobno to mieszaniec? Zmutowany Aszregan?

    - Może - mruknęła Trondheim. - A może całkiem odwrotnie.

    - To już nie nasz problem - stwierdził mężczyzna, urwał róg pustego opakowania po posiłku i poczekał, aż pudełko zamieni się w stertę miękkiego, szarego proszku. - My jesteśmy od tropienia, jajogłowi od badania.

    Randżi zdumiewał się, że znosi to wszystko tak spokojnie. Miał prawo wściekać się na dziewczynę, ale jakoś nie czuł złości. Ostatecznie nie zrobiła niczego złego. Przeprowadziła mały eksperyment naukowy, całkiem zresztą miły. Wcześniej lojalnie uprzedziła, o co jej chodzi. Na dodatek byli przedstawicielami dwóch zupełnie odrębnych gatunków. Nijak nie można tu mówić o "zdradzie".

    Wściekły był za to na siebie. Za beztroskę. Dał się podejść jak dziecko, chociaż z drugiej strony, żaden element długiego szkolenia nie przygotował go na takie właśnie okoliczności.

    Tym razem strażnicy traktowali go równie ostrożnie, jak śmierdzące jajko. Wszyscy słyszeli już o ucieczce Aszregana i nikt nie zamierzał powtarzać błędów poprzedniej eskorty. Przybyły wkrótce ślizgacz został na cześć gościa wyposażony w specjalny, zamykany szczelnie przedział. Wcześniej dokładnie skrępowano więźnia. Podróżował w celi sam, co może i lepiej. Miał czas na myślenie.

    Ślizgacz w paręnaście minut przebył drogę, która jemu zajęła wiele dni. Potem miał jeszcze okazję ujrzeć Heidę, ale nie rozmawiali ze sobą. Randżi nie miał na to ochoty, a i dziewczyna chyba też wolała milczeć.

    Ślizgacz mijał sady i pola, aż w końcu dotarł do kolejnego łańcucha górskiego, niższego wszakże niż właśnie opuszczony. Pojazd poczekał chwilę, aż otworzy się brama w zboczu wzgórza, i wjechał do środka.

    Randżi oczekiwał, że zostanie ulokowany gdzieś w podziemiach, gdzie jego obecność będzie łatwa do ukrycia przed tubylcami.

    Dostał całkiem przestronne lokum z wszystkimi wygodami; znak, że naprawdę stał się tu kimś ważnym. Mimo komfortu, była to jednak cela więzienna. Z ekranami zamiast okien. Krótka inspekcja wnętrza upewniła Randżiego, że stąd tak łatwo nie ucieknie.

    Pozostało pogodzić się z faktem, że w najbliższym czasie nie zdoła odmienić swego losu. Jednak pozostawał wciąż bojownikiem Celu, żył, był zdrowy. Prędzej czy później trafi się okazja do ucieczki.

    Otrzymał aszregańskie pożywienie i takież rozrywki. Nie oczekiwał po Ziemianach aż takiej gościnności, ale - gwoli ścisłości - od czasu przybycia do bazy nie widział ani jednego ich przedstawiciela. Personel składał się głównie z Hivistahmów, O'o'yanów, S'vanów. Rzecz jasna, byli też Yula. Pewnego dnia zajrzał nawet tajemniczy Turlog. Zlustrował uważnie więźnia i wyszedł.

    Regularnie organizowano mu coś na kształt konwersatoriów, podczas których pytano go o różne kwestie. Rozmówcami byli zwykle Hivistahmowie, raz trafiła się para Massudów. Odpowiadał bez zahamowań, wzdragał się tylko przed poruszaniem kwestii militarnych. Nie nalegano wówczas; wciąż jeszcze sam więzień interesował wszystkich o wiele bardziej niż to, co może wiedzieć.

    Testy medyczne były nieco bardziej kłopotliwe, chociaż ani razu nie sprawiono mu bólu. Peszyły go jedynie obce instrumenty oraz świadomość, że nie wie, do czego służą.

    Pewnego razu położono go na leżance, która wjechała następnie do cylindrycznego tunelu, gdzie całe jego ciało skąpane zostało wielobarwnym światłem. Jak wszystkie testy, tak i ten był nieszkodliwy, jednak zamęt w głowie Randżiego panował coraz większy.

    Pobrali mu próbki krwi, odchodów, skóry, włosów i kości. Nakłuwano go, prześwietlano, oglądano i mierzono bez końca. Przez cały ten czas nie spotkał ani jednego Ziemianina, ale to normalne, uznał. Przecież oni byli żołnierzami, a nie naukowcami. Nie badali, niszczyli.

    W gruncie rzeczy był nawet zadowolony z ich nieobecności. Widok Heidy Trondheim tylko by go peszył. O wiele łatwiej zachować obojętność wobec poczynań Hivistahma czy S'vana.

    Idea samobójstwa nawet nie zaświtała mu w głowie. To było coś, o czym tylko słyszał. Zabicie samego siebie, uważał, to zbrodnia przeciwko idei Celu, to zubożenie kosmosu o jeden bezcenny umysł. To gest świadczący o barbarzyństwie. Ludzki gest.

    Nie miał okazji porozmawiać z badaczami i nie wiedział, czy wszystkie te doświadczenia zaowocowały czymkolwiek. Wolny czas wykorzystywał, by zachować kondycję. Był odprężony, ale i czujny, gotów wykorzystać ewentualną chwilę słabości czy nadmiaru pewności siebie strażników. Może udałoby się uciec lub przynajmniej narobić wrogowi kłopotów. W imię Celu, rzecz jasna.

    Dwa razy dziennie wyprowadzano go na górę, gdzie mógł zażywać słońca w ogrodzonym porządnie parku. Pachniało tam miejscowymi roślinami, a strażnik był tylko jeden, ale Randżi nie łudził sięt że w razie czego uszedłby daleko. Grunt musiał być naszpikowany czujnikami. Skromny nadzór zdawał się to potwierdzać i jeniec wolał nie narażać się na szwank.

    Z nudów uczył się nazw drzew i kwiatów, bawił się z osobliwymi, różowawymi rybami i udomowionymi mięczakami, pływającymi w ogrodowym basenie. Raz zaskoczył go ulewny deszcz i massudzki strażnik przemókł do nitki. Wyglądał tak nieszczęśliwie, że Randżi niemal mu współczuł. Niemal.

    Przyszedł jednak dzień, który położył kres rutynie. Randżi wyczuł, że coś się zmienia, gdy ujrzał strażników. Tym razem, miast zwykle widywanych Massudów, za progiem stali Ziemianie. Po opuszczeniu znajomej windy poprowadzili go w lewo zamiast w prawo.

    - Co jest? Co się dzieje?

    Wielki i ciemnoskóry Ziemianin nie odpowiedział. Ściskał w dłoniach jakąś broń o rozmiarach rusznicy. Randżi spojrzał tęsknie na ten oręż, ale wiedział już, że każdy pistolet i karabin był tutaj zaprogramowy w ten sposób, by ożywać tylko w dłoniach prawowitego właściciela. Nie było mowy nawet o koleżeńskim pożyczaniu sobie broni, zatem jeniec tym bardziej nie zdołałby wystrzelić.

    - Czy to coś ważnego? - spytał pełen coraz gorszych przeczuć. - O tej porze nie ma nigdy żadnych badań.

    - Słuchaj, chłopie - burknął strażnik. - Ja nic nie wiem. Kazali mi cię zaprowadzić, to prowadzę. Nie wiem, co z tobą będzie, zrozumiano?

    - Zrozumiano - odparł Randżi, chociaż niczego nie pojmował.

    Trafił do pomieszczenia, w którym jeszcze nie był. Oprócz małego stołu, krzeseł i tapczanów, był tu całościenny ekran i nieco wyposażenia medycznego, oraz sporo roślin w doniczkach. Bardziej salon niż laboratorium. Zwodniczo miłe wnętrze.

    Na jednym z siedzisk ujrzał Heidę Trondheim. Spojrzała na niego, ledwie wszedł. Miast maskującego munduru tropiciela miała na sobie rdzawo-biały kombinezon z paskami na prawym rękawie. Randżi nie wiedział, czy ma się cieszyć jej widokiem, czy może niekoniecznie.

    Zza sprzętu medycznego spoglądało na niego jeszcze dwoje Ziemian. Mężczyzna był niski, niemal wzrostu S'vana, ale prawie bezwłosy. Oboje nosili identyczne beżowo-czarne kombinezony z wysokimi kołnierzami i żadne nie wyglądało na wojskowego.

    Poza nimi w salonie była jeszcze jakaś starsza Massudka. Lekko przygarbiona pod ciężarem lat, posiwiała na karku i twarzy. Randżi nie miał pojęcia, ile lat liczy ta osoba ani kim jest, jednak musiał przyznać, że jak na przedstawicielkę tej płochej rasy nosiła się nadzwyczaj godnie. Wkoło stało jeszcze kilku Hivistahmów i O'o'yanów, brakowało jednak S'vanów i Waisów. To ostatnie było dość dziwne.

    Strażnicy zostali za progiem, gdzie stanęli w niedwuznacznych pozach po obu stronach drzwi. Aszregan znalazł się w centrum wszystkich spojrzeń.

    - Usiądź, proszę - odezwała się w bezbłędnym aszregańskim wyższa z Ziemian.

    Zdumiony Randżi posłuchał. Opór i tak byłby daremny, a może nawet szkodliwy.

    Po niezręcznej chwili ciszy do Aszregana podszedł zadziwiająco pewny siebie Hivistahm.

    - Jestem Pierwszym Wśród Medyków - przedstawił się, używając pełnego tytułu i przyjrzał się jeńcowi. Wciąż bez strachu. Dziwne. - To ja kieruję prowadzonymi tu badaniami.

    - Badaniami? - spytał Randżi, starając się nie patrzeć na Heidę. - A jakie to badania?

    - Twojej osoby. Ostatnie trzy tygodnie wiele nam wyjaśniły.

    - Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego. - Aszregan wskazał na zebranych. Niektórzy drgnęli, jakby spłoszeni. - Po co to zgromadzenie? Zamierzacie puścić mnie wolno?

    - Prawdę mówiąc nie za bardzo wiemy, co z tobą zrobić - odezwał się Ziemianin, który nie władał wprawdzie aszregańskim równie dobrze, jak jego towarzyszka, jednak było w jego głosie coś przykuwającego uwagę. - Jesteś anomalią.

    - Już to słyszałem. Cieszę się, że utknęliście w martwym punkcie.

    - Może jednak zdołasz nam pomóc - syknął z cicha Hivistahm. - Chcemy ci coś pokazać.

    Na dany znak jakiś O'o'yan wręczył naukowcowi dużą plastikową kopertę, kryjącą trójwymiarową fotografię.

    - Oto wnętrze twojego mózgu.

    Zmieszany Randżi zerknął na obraz. Nie pojmował, czemu wszyscy tak uważnie mu się przyglądają. Heida też? Postanowił udawać obojętnego.

    Po dłuższej chwili oddał arkusz medykowi.

    - Co w tym dziwnego? To mózg Aszregana. Nic więcej.

    - Spójrz na dalsze ilustracje - poprosił cierpliwie Hivistahm. Randżi zerknął na dwie kolejne karty, przedstawiające ten sam mózg z boku i z przodu.

    Na czwartej było co innego.

    - To zbliżenie jednego z fragmentów twojego mózgu. W znacznym powiększeniu. - Medyk podał kolejną ilustrację. - I jeszcze jedno. - Pokazał pakując palce w trójwymiarowy obraz. - Zwróć uwagę na ten miniaturowy biały punkt zaznaczony czerwoną otoczką.

    Aszregan przymrużył oczy i oddał kartę.

    - Dziękuję. Coś jeszcze?

    Zgromadzeni przyjęli jego pytanie z taką powagą, że Randżiemu zachciało się śmiać.

    - Muszę was rozczarować. Widziałem już podobne przekroje.

    - Nie wątpię - przyznał Hivistahm. - Ale jeśli nie masz nic przeciwko, poproszę cię, byś przyjrzał się im uważnie raz jeszcze.

    Aszregan westchnął. Jeśli to test, to był znacznie bardziej męczący niż wszystkie poprzednie.

    - Na przykład ta karta. - Hivistahm dobył kieszonkowy projektor i podświetlił wycinek obrazu. - Widzisz te punkty? Ten i ten, i jeszcze ten?

    - No i co z tego? - spytał obojętnie Randżi. - Czy mam orzekać o anatomii? To mogą być kości, naczynia krwionośne, cokolwiek. Dziękuję, ale nie zamierzam studiować medycyny.

    - No, to spójrz jeszcze na to. - Wskaźnik znów się przesunął. - Nie masz nic do powiedzenia?

    Aszregan spojrzał na obraz, ale nadal nie wiedział, o co chodzi starszemu Hivistahmowi. Ani czemu było tu aż tylu widzów? Po co to wszystko? Jakie znaczenie miały te anatomiczne przekroje?

    - Nie, nic mi to nie mówi. Powinno?

    - I owszem. - Hivistahm raz jeszcze przetasował arkusze. - To obraz prawej części twojej czaszki. To obraz lewej. A tutaj widać więcej szczegółów. Sądzimy, że to ślad bardzo wczesnej interwencji.

    - Nic rozumiem. Co to znaczy?

    - Że znaleźliśmy ślady świadczące o tym, że kościane łuki, które biegną u ciebie po bokach głowy nie są naturalnego pochodzenia, ale zostały wytworzone skutkiem prenatalnej chirurgii kostnej.

    - Nie wiem, o czym mowa.

    - Proszę mi wybaczyć. - Medyk stanął na palcach i dotknął zaczynającego się pod okiem i kończącego za uszami występu. - To nie jest twoje z przyrodzenia. To dzieło chirurgii, implant. Twoja skóra została podobnie przykrojona, by ukryć zmiany. Tak też potraktowano twoje palce i oczodoły. Wszystkie zmiany wprowadzono w okresie rozwoju płodowego, kiedy twoje kości były jeszcze miękkie i plastyczne. My tego nie potrafimy. Tylko jedna rasa wydała dotąd wystarczająco zdolnych bioinżynierów i chirurgów. - Wyciągnął kolejny arkusz.

    - To są twoje dłonie. Znów mamy ślady po interwencji chirurgicznej. Randżi patrzył na ilustrację, ale niczego nie pojmował.

    - Ale... jeśli choć słowo z tego jest prawdą... Dlaczego? Po co?

    - Aby upodobnić cię zewnętrznie do Aszregana. Zrobiliśmy symulację. Cofnęliśmy się w niej do chwili interwencji i założyliśmy, że operacji nie było. Potem odtworzyliśmy twój naturalny wygląd. Otrzymaliśmy całkiem inny kościec. - Zawahał się i cofnął o krok. - W istocie rzeczy nie był to kościec zmutowanego Aszregana, ale normalnego Ziemianina.

    - To bez sensu - wyjąkał Randżi. Pierwszy schował ilustracje do koperty.

    - Reszta twojej anatomii, czyli muskulatura, rozmieszczenie organów, ich funkcje, dosłownie wszystko, odpowiada anatomii Ziemianina. Jesteś w pełni rozwiniętym Homo Sapiens Sapiens, a nie przerośniętym Aszreganem. Jesteś takim samym człowiekiem jak ci, których tu widzisz.

    Randżi zerknął na dwójkę przy aparaturze. Nie cofnęli spojrzenia.

    - To jakieś szaleństwo. Nie, to coś bardziej subtelnego. Próbujecie mnie oszukać. Z jakiegoś powodu chcecie mnie nabrać. Nie uda wam się. Nie jestem taki naiwny.

    - Może i nie - stwierdził Ziemianin - ale nie jesteś też tak tępy, by niczego nie pojąć. Sądzimy, że dysponujesz ponad-przeciętną inteligencją. Pomińmy wyniki badań, spójrz po prostu na siebie. Do kogo jesteś bardziej podobny?

    - Żaden Aszregan nie ma tak wytrzymałych i twardych kości - podjęła kobieta. - Takiej solidnej muskulatury. Takiego refleksu.

    Oczekiwał, że o tym właśnie będzie mowa, ale zdecydowany ton wypowiedzi jednak go zaskoczył.

    - Od dawna podejrzewałem, że pewne podobieństwo do Ziemian nie jest przypadkiem, obecnie nie próbuję temu nawet zaprzeczać - odparł wciąż pewien swego. Zebrani zaszemrali w różnych językach. - Ale nijak mnie to nie martwi. Rozumiem, że o takich rzeczach nie mówi się dzieciom czy młodzieży, dopiero dorosły może zrozumieć cel biologicznego udoskonalenia organizmu. Może zatem rzeczywiście przekształcono mnie, bym lepiej służył Celowi? Nie widzę w tym nic złego.

    - Twoja reakcja obronna wcale mnie nie dziwi - powiedział Pierwszy. - Ale chyba jeszcze nie zrozumiałeś.

    - Czego?

    - Że nie jesteś Aszreganem, któremu wszczepiono cechy ludzkie, ale Ziemianinem upodobnionym sztucznie do Aszregana. Zbadaliśmy twój genotyp, został przebudowany w taki sposób, abyś przekazał nowe cechy swojemu potomstwu. Ampliturowie mierzą czas tego eksperymentu na długie lata. Dla nich jesteś nie tyle żołnierzem, co materiałem rozpłodowym.



Strona główna     Indeks